My Po Prostu
Chcemy Grać ! by Maciej Klimowicz
Maciej Klimowicz

"My po prostu chcemy grać..."


"Rock'n'roll umarł !!!" ...chyba każdy już to słyszał .
Umiera tak przez ostatnie kilkanaście lat. Raz po raz nowa muzyczna moda ma przynieść jego ostateczny kres. I rzeczywiście, patrząc na muzykę ostatnich pięciu lat można było w to uwierzyć .
Nieustający zalew "plastikowego" grania dla pstrokatych nastolatków. Kawałki, które równie szybko wchodzą do głowy jak z niej wychodzą. No bo kto za 50-siąt lat będzie pamiętał o dzisiejszych boys i girls bandach? Zresztą nie za 50-siąt a za 10 czy 5 lat? A może ktoś wspomni Limp Bizkit ? Z pewnością nie tworzą one historii muzyki. I wydawać by się mogło, że przy wszechogarniającej McDonaldyzacji, rock'n'roll już się nie podniesie bo nie ma dla kogo.
Tymczasem jest wręcz odwrotnie. Szorstkie gitarowe granie atakuje ze zdwojoną siłą i to w USA, które jest przecież największym producentem McMuzyki. Może to właśnie dla tego, że na amerykańskim rynku muzycznym panuje tandeta i komercja to właśnie tam pojawiły się pierwsze symptomy powrotu rock'n'rolla do łask. Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się kapele które swoją muzyką tworzą swoistą opozycje z w stosunku do wykonawców list przebojów. Gitara, bas, bębny i krzykliwy wokal to wszystko czego potrzebują żeby przykuć uwagę słuchaczy. I wcale nie trzeba wielomilionowych promocji, sztucznie wywoływanych plotek i skandali czy wysoko budżetowych teledysków. Muzyka broni się sama. Jak za starych dobrych lat.

Pierwszą kapelą którą należy wyróżnić w tym "nowym starym" trendzie są z pewnością The Strokes. Pięciu facetów z Nowego Jorku którzy dali światu muzyki potężnego kopa. Jak to się stało że Julian Casablancas (wokal), Nick Valensi (gitary), Albert Hammond jr (gitary), Nikolai Fraiture (bas) i Fabrizio Moretti (bębny) potrafili wnieść tyle świeżości do skostniałego rocka? Jak mówią sami : "My po prostu chcieliśmy grać". I chyba w tym tkwi sęk. Nie chodzi o pieniądze czy fanki a po prostu o szarpanie strun i zdzieranie gardła do mikrofonu. Natomiast sława przyszła sama. Energię którą mają w sobie The Strokes udało im się z powodzeniem przenieść na debiutancką płytę "Is This It". Koniec z przydługawymi przeprodukowanymi utworami. Oto jest garść krótkich piosenek, które brzmią jak by były grane na żywo. Odrobina nonszalancji plus doskonałe zdolności instrumentalne muzyków i od płyty nie sposób się oderwać. Album wzbudził zachwyt zarówno krytyków jak i publiczności a rock'n'roll wziął dziki niemu głęboki wdech.

Jednak Strokesi to nie wszystko. Ostatnio na podobne kapele nastała prawdziwa moda. Chociażby The White Stripes założone w 1997 roku prze rodzeństwo Jacka (wokal i gitary) i Meg (bębny) White.
O ich muzyce chyba nie powinno się pisać ponieważ sprowadzona do kilku słów na papierze staje się zupełnie nie interesująca. Ot prosta mieszanka stylów od punku po bluesa. Wystarczy jednak usłyszeć jedną z ich trzech dotychczas wydanych płyt (a w szczególności najnowszą i najlepszą w dorobku "White Blood Cells") żeby zrozumieć szacunek jakim darzą ten zespół fani na całym świecie.
Zostańmy jeszcze przez chwilę w stanach a dokładnie w San Francisco. To właśnie tutaj w 1998 roku z inicjatywy Petera Hayesa, Roberta Turnera i Nicka Jago powstałą grupa Black Rebel Motorcycle Club. I znowu prosty rock'n'roll tym razem wzbogacony elementami psychodelii. BRMC najpierw dostępują zaszczytu supportowania takich kapel jak Oasis czy The Waterboys żeby wreszcie wydać świetną płytę której tytuł stanowi nazwa zespołu. Kolejny błyskotliwy debiut i kolejna komórka w "rockowym ruchu oporu".

Jednak rewolucja dokonuje się nie tylko w USA. Również na starym kontynencie coś się ruszyło. W czasie gdy w Wielkiej Brytanii, dotychczasowej stolicy rock'n'rolla panuje moda na słodkie (i mdłe) akustyczne zawodzenie takich grup jak Travis czy Starsailor (chociaż tutaj też można się wkrótce spodziewać ożywienia bowiem wielkimi krokami zbliża się nowa płyta Oasis a z Leeds uderza świetne The Music) poziom trzyma rynek... szwedzki. Bo to właśnie z zimnej północy pochodzą The Hives. Są oni zaprzeczeniem naszego spojrzenia na ten kraj - czysty do bólu, ekologiczny i idealnie uporządkowany. Ich muzyka to prawdziwy powrót do korzenia punku. Zgrzyty, sprzężenia, wrzask wokalisty i zawrotne tępo wystukiwane przez perkusistę z prędkością karabinu maszynowego. To z pewnością nie muzyka dla grzecznych 15-stolatek, ich mam i tatusiów - oni nich lepiej zostaną przy The Offspring czy Green Day.
Natomiast każdy kto tęskni za Pistolsami znajdzie w muzyce The Hives to czego szuka.

Powyższe zespoły powstawały jakby w opozycji do panujących trendów. Stanowią przeciwieństwo stereotypowych grup które trafiają do telewizji i sprzedają setki tysięcy płyt. Nie są ani uśmiechnięci, ani łanie ubrani a ich język i muzyka zdecydowanie nie pasuje do profilu stacji radiowych. Ciężko było by wrzucić ich piosenki na playlistę pomiędzy Edytę Górniak a Shakirę. Podejrzewam że żaden z szefów dużych wytwórni płytowych nie zdecydował by się na wydanie ich albumu wysłuchawszy surowych kaset demo. Przynajmniej nie 3-4 lata temu. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Taka muzyka zaczyna się sprzedawać i przynosić zyski. W ciągu ostatniego roku powstało więcej dobrych płyt niż przez poprzednie pięć a kolejni debiutanci szykują się do ataku na rynki muzyczne. Pozostaje mieć tylko nadzieję że na debiutach się nie skończy a zespoły te będą potrafiły utrzymać swoją moc i świeżość również na kolejnych krążkach. Cokolwiek by się jednak nie stało na pewno można powiedzieć że nowy wiek zaczął się pod szyldem rock'n'rolla. I nich już tak zostanie.

Maciej Klimowicz